W 1951 r. byłem studentem drugiego roku wydziału lekarskiego Akademii Medycznej w Białymstoku. W październiku przekazano mi informację, że UB jest na tropie naszej organizacji (Podziemna Organizacja ZHP „Orlęta”). Natychmiast przyjechałem do Warszawy i napisałem rozkaz o rozwiązaniu organizacji z wcześniejszą datą. Po skontaktowaniu się z „Rafałkiem” (Mieczysławem Osieckim), przekazałem mu kilka egzemplarzy maszynopisu rozkazu z poleceniem zapoznania z jego treścią wszystkich członków organizacji. Przekazałem też wytyczne, żeby w razie aresztowania zeznawali, że należeli do nielegalnego harcerstwa, ponieważ nie mogli się pogodzić z rozwiązaniem ZHP. Nie planowali żadnych wystąpień zbrojnych, a po przeczytaniu w prasie o aresztowaniu podobnej harcerskiej organizacji w Olsztynie, zrezygnowali z dalszej działalności. Dzięki temu wielu członków organizacji uniknęło później wyroków.
Od sekretarki Hufca „Pszczółki” (Jadwigi Rek) odebrałem archiwum organizacji, które następnie przewiozłem w walizce do przyjaciół w Radości pod Warszawą. Niestety w pośpiechu przepakowując archiwum przegapiłem część materiałów zostawiając w domu rodziców 54 egzemplarze przysiąg organizacyjnych podpisanych pseudonimami oraz referat Komendanta Hufca „Brzózki” (Kazimierza Grabowskiego), co było potem dowodem oskarżenia na rozprawie.
Następnie wróciłem na studia do Białegostoku. Wiadomość o aresztowaniu hufcowego „Brzózki” 3 listopada 1951 r. przekazała „Pszczółka” przez moją siostrę Jolę. Początkowo UB posiadało jedynie informację, że komendantem organizacji był „osobnik z AK posługujący się pseudonimem „Kot” „. Po aresztowaniu „Brzózki” UB nie aresztowało dalszych osób do momentu ustalenia danych personalnych i miejsca zamieszkania „Kota”. Z chwilą ustalenia moich danych, funkcjonariusze UB od dnia 25 stycznia 1952 r. rozpoczęli akcję aresztowań. Do aresztów przewieziono 20 członków „Orląt” i około 50 osób z otoczenia członków organizacji. Tych ostatnich po przesłuchaniach wypuszczono tego samego dnia lub następnego. Mnie w domu rodziców nie zastano, więc zorganizowano „kocioł”, ale dość szybko ustalono faktyczne miejsce zamieszkania w Białymstoku przy ul. Starobojarskiej. Funkcjonariusze białostockiego UB przyjechali pod ten adres, ale też mnie nie zastali, więc założyli kolejny „kocioł”. Ja tymczasem nocowałem u kolegi, bo 27 stycznia rano śpiewałem kolędy w kościele Świętego Rocha, a on mieszkał w pobliżu kościoła. Po wyjściu z kościoła wracałem główną ulicą Lipową do miejsca swego zamieszkania przy ul. Starobojarskiej. Zanim doszedłem do katedry zatrzymał mnie kolega ze studiów zapraszając do kina na film „Tragiczny pościg”. Traf chciał, że akurat w tym samym czasie żołnierze oddziału „Huzara” (Kamińskiego) przeprowadzili w Białymstoku na ulicy Lipowej udaną akcję na samochód przewożący pieniądze dla urzędu UB. Pomimo pościgu i strzelaniny wycofali się do lasu bez strat. Po filmie udałem się do pałacu Branickich, gdzie mieściła się Akademia Medyczna. Tam dowiedziałem się od kolegów o akcji „Huzara”. Ponieważ była już godz. 15, zjadłem obiad w stołówce akademickiej. Kiedy przebywałem na terenie uczelni jakiś „kapuś” namierzył mnie i zawiadomił UB. Funkcjonariusze szybko zorganizowali zasadzkę w zabytkowej bramie pałacu. Ja, zupełnie nieświadomy sytuacji, skróciłem sobie jednak drogę i zamiast przejść przez bramę, przeskoczyłem murek ogrodzeniowy i dostałem się do lokalu AZS, gdzie wybrałem sobie narty na zawody, w których miałem wziąć udział. Był już wieczór, kiedy wracałem do swego mieszkania od strony ul. Mickiewicza. Kiedy przecinałem ul. Warszawską zobaczyli mnie ubecy z zasadzki. Wskoczyli do osobowego samochodu, minęli mnie i za rogiem szkoły zostawili samochód i trzech funkcjonariuszy w cywilu, którzy wmieszali się w przechodniów. Nagle jeden odwrócił się i z wyciągniętym pistoletem zatrzymał mnie okrzykiem „Stój! ręce do góry bo strzelam!” W tym momencie przechodnie zaczęli uciekać, a ja pod wrażeniem akcji „Huzara” przekonany byłem, że to ludzie z lasu wzięli mnie za jakiegoś ubeka. Dodatkowo zmyliło mnie ich cywilne ubranie, więc krzyknąłem, „panowie nie strzelać, to pomyłka!”. Nagle poczułem na plecach lufę drugiego funkcjonariusza ponawiającego okrzyk „ręce do góry!”. Trzeci przebiegł jezdnię z pistoletem maszynowym wymierzonym w moim kierunku. Powoli zacząłem podnosić ręce, które ten z tyłu zakuł w kajdanki, a ten z przodu powiedział – „Jakubowski to wy”. Dopiero wtedy zorientowałem się, z kim mam do czynienia. Pobieżnie mnie zrewidowali i zaprowadzili do samochodu. Na tylnym siedzeniu obok mnie usiadło dwóch ubeków. Koło kierowcy usiadł dowódca akcji. Następnie podjechaliśmy pod dom, w którym mieszkałem. Na zewnątrz stali w kożuchach żołnierze KBW, a z domu wybiegł cywil niosąc paczkę zarekwirowanych przedmiotów i przekazał je dowódcy akcji, tytułując go porucznikiem.

Szybko przejechaliśmy do Wojewódzkiego Urzędu UB, gdzie wprowadzono mnie na I piętro do pokoju przesłuchań. Za biurkiem siedział funkcjonariusz, którego tytułowano „obywatelu komendancie”. Później dowiedziałem się, że był to komendant WUBP Daniel Kubajewski. Komendant rozkazał skuć mi ręce z przodu, posadzić na stołku na przeciw i odmaszerować. Do pokoju wszedł inny funkcjonariusz i usiadł z boku rozkładając papiery. Zaczął pytać o dane personalne, adres i gdzie schowałem broń, od kiedy jestem w bandzie „Huzara”? Kto brał udział w akcji? Pytania zaczął zadawać komendant, ale poza tymi na temat przeprowadzonej akcji „Huzara”, nie padło żadne dotyczące „Orląt”. Zaczęli krzyczeć, straszyć i obiecywać, że jak zacznę mówić, to potraktują mnie „po ojcowsku”. Wreszcie komendant zniecierpliwił się wydłużającym się przesłuchaniem i kazał sprowadzić mnie na dół. Drugi funkcjonariusz kazał mi podpisać protokół na każdej stronie. Następnie przyszło po mnie dwóch konwojentów, którzy sprowadzili mnie do piwnic. W korytarzu piwnicznym po skręcie w prawo zobaczyłem sylwetki oprawców, którzy od razu zaczęli mnie bić pałkami i kopać. Wkrótce straciłem przytomność na skutek urazu głowy. Później, już po moim wyjściu z więzienia, rentgen wykazał pęknięcie kości potylicznej. Po odzyskaniu przytomności byłem cały mokry. Zapewne cucili mnie polewając wodą. Dwóch funkcjonariuszy zaprowadziło mnie na górę, gdzie nowy oficer śledczy zaczął mnie przesłuchiwać, od nowa zadając te same pytania. W dalszym ciągu nie padło żadne pytanie o „Orlęta”, więc miałem nadzieję, że nie jestem aresztowany w sprawie mojej organizacji. Niestety byłem w błędzie. UB od początku wiedziało o moim udziale w organizacji „Orlęta”. Przesłuchanie miało na celu jedynie powiązanie mnie dodatkowo z „przestępczą działalnością bandy „Huzara””.
Nagle otworzyły się drzwi i wprowadzono więźnia, starszego ode mnie, strasznie skatowanego i zapytano go, czy mnie poznaje. Zaprzeczył i ja też go nie znałem. Nigdy nie ustaliłem, kto to był. Domyślam się, że mógł to być żołnierz z oddziału „Huzara”, który miał potwierdzić mój domniemany udział w akcji zbrojnej. Konfrontacja nie powiodła się. W dalszym toku śledztwa skupiono się już wyłącznie na moim udziale w Podziemnej Organizacji ZHP Orlęta.
Przesłuchanie trwało całą noc. Zmienili się oficerowie prowadzący śledztwo. Kolejny przesłuchujący nie krzyczał, nie straszył – poprosił żebym mu opowiedział wszystko co wiem o kontrrewolucyjnej organizacji „Orlęta” w Warszawie. Ponieważ byłem bardzo zmęczony i miałem sucho w ustach, nie mogłem wydobyć głosu. Oficer UB starał się być łagodny, wręcz prosił mnie, żebym się przyznał, bo oni już i tak wszystko wiedzą, a dalszym uporem tylko pogarszam swoją sytuację. Wreszcie podał mi kubek z wodą, którą zachłannie wypiłem. Jednak do końca przesłuchania do niczego się nie przyznałem, ponieważ nie wiedziałem, co w Warszawie zeznał Grabowski „Brzózka” – współorganizator „Orląt”. Po podpisaniu zeznania zostałem sprowadzony na dół, gdzie czekali już konwojenci (żołnierze KBW) uzbrojeni w pistolety automatyczne. W asyście porucznika Gałeckiego z Warszawy przewieźli mnie odkrytym samochodem terenowym na dworzec kolejowy i dalej w opróżnionym przedziale pociągiem do Warszawy na Dworzec Wileński. Tam czekali już na mnie funkcjonariusze UB z Warszawy. Przewieziono mnie samochodem do aresztu w Pałacu Mostowskich.
Tak rozpoczął się okres mojego pobytu w więzieniu.
∽
Po wyjściu z więzienia dowiedziałem się, że na Akademii Medycznej w Białymstoku zaraz po moim aresztowaniu zorganizowano wiec, na którym przedstawiono mnie jako perfidnego wroga Polski Ludowej, który był na usługach imperializmu zachodniego i usiłował przemocą obalić ustrój naszego kraju. Publicznie mnie potępiono i skreślono z listy studentów.
∽
Po latach na ścianie budynku dawnej kaźni, w słabo widocznym miejscu umieszczono małą, nieczytelną tabliczkę, upamiętniającą martyrologię niezłomnych patriotów polskich:

Ryszard Jakubowski „Kot”